Ślady pamięci


fot.arch.PIT

„Ślady pamięci” – tytuł prezentacji przybliżającej w retrospektywnym ujęciu drogę twórczą Aleksandra Salija, już od ponad pięciu i pół dziesięcioleci zaznaczającego swą aktywność na obszarze fotografii, może u widza wzbudzić ciekawość, co autor chciał dać do zrozumienia, co przekazać, na co zwrócić uwagę poprzez ów szyld zapowiadający ekspozycję. Nie pytając artysty o wyjaśnienie, wszak on swoje już zrobił, a dzieła opuszczając pracownię zaczynają samodzielne życie i w symbolicznym sensie przestają być jego, i choć noszą jego podpis, należą do odbiorcy, który zyskał przywilej ich interpretacji – spróbujmy dobrać klucz do złamania tytułowego szyfru.
Pomocna może nam się tu okazać łatwa, bo przychodząca na myśl po pobieżnym spojrzeniu na zestaw dzieł przedstawionych na wystawie konstatacja, że Aleksander Salij poprzez zdjęcia opowiada o swych artystycznych przygodach w krainie fotografii jako wędrowiec, który spośród wielu przecinających ją dróg, ścieżek, szlaków, wybrał i upodobał sobie dwa, jakże różne, trakty. Biegną równolegle (rzadko zbliżają się ku sobie), panują na nich odmienne założenia ideowe i warsztatowe, także kanony estetyczne, a jedyne właściwie, co je łączy, to osoba autora… Pierwszy, naznaczony poetyką przede wszystkim reportażowego dokumentu (jest tu także znakomity portret) z socjologicznym zacięciem, wiedzie poprzez rozległy obszar fotografii czystej, klasycznej, drugi prowadzi przez – najogólniej ujmując – rewiry fotografii kreacyjnej i wszelkie doświadczenia zakładające eksperyment, poszukiwania formalne, badanie granic sztuki światłem malowanej. „Ślady pamięci” odniesione do zdjęć faktograficznych tworzą inny kontekst, aniżeli w powiązaniu z fotografią drugiego nurtu.
W pierwszym przypadku to rejestracja rzeczywistości zastanej, którą obserwuje autor i widzi aparat. Dla Aleksandra Salija tą rzeczywistością jest, był raczej, Ostrowiec Świętokrzyski sprzed kilkudziesięciu lat, obrazy miasta, jego mieszkańcy i huta żywicielka. Tego świata już nie ma. Istnieje tylko w śladach pamięci na zdjęciach zatopionych w melancholijnej scenerii jako znak czasu i poświadczenie jego realiów, swoisty wizualny stempel: tak było… Inny rodzaj śladów pamięci stanowią fotografie przedstawiające rzeczywistość autorską, wykreowaną. „Zobaczyła” ją wyobraźnia twórcy, a zapamiętała chemiczna światłoczułość, która okazywała posłuszeństwo wizjom artysty przeprowadzającego z nią doświadczenia. Przyniosły one twórcy uznanie krytyki i liczne nagrody w konkursach i prestiżowych konfrontacjach.
Aleksander Salij, ostrowiecki artysta fotografik z powodzeniem uprawiający także malarstwo i wypowiadający się też słowem jako teoretyk sztuki, osiągnął wiek uprawniający, by mógł się szykować do opuszczenia szacownego kręgu seniorów i przystąpienia do elitarnej grupy nestorów. W artystycznej biografii ma udział w ponad dwustu pięćdziesięciu wystawach. Zapraszały go galerie o najwyższej renomie; gościć w ich murach, to jakby zyskać patent nominujący artystę do ekstraklasy. Salij zawsze stronił od gwaru, nie zbliżał się do żadnych szkół czy ugrupowań, nie wpisywał w żadne mody czy tendencje, pozostawał konsekwentnym, całkowicie autonomicznym, wolnym od jakichkolwiek wpływów samotnikiem, który chadza własnymi ścieżkami. Skupiony, poważny, zasadniczy. Nie ma wielu twórców, o których mówi się, jak o Saliju: oto artysta głęboko przeżywający sztukę i głęboko wierzący w jej posłannictwo. Chętnie o tym mówi. Postawiony wobec pytania, czym jest dla niego sztuka, odpowiada: „To próba zbliżenia się do czegoś, co jest niepoznawalne, co jest czymś niezwykle wzniosłym i wartością, bez której nie można żyć. Sztuka sprawia, że stajemy się bogatsi, ona wnika w nasze życie, które dzięki temu nabiera sensu”. W swoich wypowiedziach często odwołuje się do wyobraźni i wrażliwości, cech, które jego zdaniem są kluczowe, by artysta nie tylko odtwarzał, ale okazał się zdolny wzbudzić w sobie impuls odkrywczości pozwalający uwolnić się od stereotypów i konwencji i potrafił budować nowe systemy i struktury.
Aleksander Salij mówi, że jego wrażliwość „ku sztuce”, co sobie po latach uświadomił, kształtowała się już od wczesnego dzieciństwa. Urodził się w 1942 roku na Kresach Wschodnich, w miejscowości Kuropatniki leżącej w rohatyńskim powiecie, gdzieś pomiędzy Stanisławowem i Lwowem. Wzrastał w otoczeniu natury, wychowywała go rzeka, las, pola i łąki. Do szkoły chodził w nieodległym miasteczku Bursztyn, gdzie stał kościół, cerkiew i synagoga. Pierwsze nauki życia pobierał obracając się w wielokulturowym, przemieszanym towarzystwie Żydów, Ukraińców, Niemców, Białorusinów. No i Polaków. W mieszkaniach kolegów zachwycał się obrazami świętych, u innych z przejęciem wpatrywał w ikony... To wszystko promieniowało na młody umysł. Tak to dzisiaj wspomina. A do ważnych przypomnień z owych lat kresowych dorzuca jeszcze tę wzbudzającą niebywałe wrażenie na chłopcu postać wysokiego mężczyzny, który, chodził w czarnej skórze niczym funkcjonariusz NKWD, paradował z aparatem mieszkowym, statywem i peleryną, pod którą się chował, gdy robił zdjęcia, miał zakład z pełną fotografii witryną w oknie…
Aleksander Salij znalazł się w Polsce, gdy miał czternaście lat. Po różnych kolejach losu, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych osiadł w Ostrowcu. Miał już za sobą pewien staż fotograficzny, nawet próbował robić zdjęcia kolorowe, nad którymi trawił całe noce. W mieście nad Kamienną dostał pracę w Zakładzie Badawczo-Doświadczalnym, gdzie fotografował przez mikroskop, ale bardziej chyba był potrzebny jako dokumentalista imprez oraz wydarzeń z okazji i ku czci. Ale ciągnęło go gdzie indziej. Wspomina dzisiaj: „Byłem zafascynowany hutą i szukałem okazji, żeby się tam wyrwać. Chciałem robić zdjęcia tamtym miejscom, ale przede wszystkim ludziom, którzy mieli wypisany na twarzach wielki trud i ogrom przeżyć”. Dodajmy: i jeszcze coś na podobieństwo uszlachetnionego ciężką, naprawdę ciężką pracą, zmęczenia, co wyraźnie widać nie tylko na zdjęciach, gdy ich bohaterowie zostali ujęci na swoich stanowiskach. Także na portretach, gdy godzili się pozować fotografującemu. Twarze o wygasłych uśmiechach… Tamta huta na fotografiach Salija odchodziła już w przeszłość. Była niczym żywy jeszcze skansen, ale chwila gaszenia wielkich pieców była coraz bliższa. Mówiono o niej „stara”, bo za miastem powstawał nowy, wielki zakład metalurgiczny. Twórca dobrze wykorzystał ostatnie chwile, by starej, jeszcze pracującej hucie, zrobić pamiątkowe zdjęcia…Są pełne nostalgii, ale nie ma w niej tęsknoty za światem, którego czas się dopełnił. Nie ma jej też na fotografiach miasta sprzed trzydziestu, czterdziestu lat, choć przecież są one owiane nutką sentymentu. Może ze wzruszeniem, ale zapewne bez żalu mieszkańcy Ostrowca pamiętający tamto miasto oglądać będą na fotografiach Salija kamieniczki, które toczy liszaj czasu, drewniane domki zapadnięte w ziemię, tonące w błocie podwórka, smętne zaułki… Jakże malownicze są scenki uchwycone na targu, aż trudno uwierzyć, że to kadry z nieodległej przecież rzeczywistości…Dla najmłodszych pokoleń to obrazy o posmaku egzotyki, wręcz niewiarygodne…
Trudno przecenić zasługi Aleksandra Salija jako kronikarza swego miasta, jednakże, co wyraźnie powiedzieć wypada, nie te ze wszech miar atrakcyjne i unikatowe zdjęcia dokumentalne zapewnią artyście miejsce w dziejach sztuki fotograficznej. Jeśli chcą go gościć salony sztuki i pisze o nim krytyka, to w uznaniu jego dokonań na obszarze fotografii, którą nie dość precyzyjnie nazwaliśmy kreacyjną. Tutaj Salij jest artystą pełnej miary, nie pozostawiającym wątpliwości, że to, co proponuje, to sztuka. Trzeba powiedzieć: w wydaniu Salija to sztuka bezkompromisowa. Salij odrzuca fotografię, która jest prostą przekładnią. Jego manifest, to żadnych ukłonów, trzeba być twardym. I taki jest. Poświadcza swym działaniem, każdym twórczym gestem, że fotografia to kunszt światła. Nie brzmi to w odniesieniu do fotografii szczególnie odkrywczo, ale Salij traktuje światło nie tyle jako narzędzie tworzenia, rodzaj pędzla, ale temat swej sztuki. Odwraca kolej rzeczy: to jego fotografie są źródłem światła, nie zaś źródło światła je tworzy. Zdjęcia Salija zanurzone są w ciemnościach, w nocy, w kosmosie innego światłocienia, aniżeli nasz dookolny. Światło wydobywające się mozolnie z otchłani fotograficznego obrazu, kreuje nową, pełną dramaturgii, rzeczywistość, w której mrok i czerń nie są brakiem światła, ale jego odmianami.
Salij jako teoretyk sztuki prezentuje opinię, iż w sztuce należy poddawać doświadczeniom i rozwiązywać idee dotyczące jej istoty. Będąc zdeklarowanym zwolennikiem fotografii czarno-białej, którą uważa za obdarzoną tajemniczą siłą niosącą o wiele większy ładunek ekspresji niż kolor, buduje swą sztukę z niekonwencjonalnej, banalnej zarazem, wywiedzionej z powszedniej codzienności, materii, ale przecież nie temat jest najważniejszy. Inspirująco działa na Salija kromka zeschniętego chleba, której fakturę przedstawia w zbliżeniach, główka kapusty, fragmenty dłoni z labiryntem linii papilarnych, z których buduje istne pejzaże o fantastycznym ukształtowaniu, załomek muru, w który zaplątał się refleks światła albo blikująca nim posadzka. Lubi gry przestrzenne – rytmy linii w dynamicznych układach kompozycyjnych, chętnie sięga po efekty graficzne, a niekiedy wręcz malarskie.
O fotografii Aleksandra Salija mówi się przymiotnikami: analityczna, strukturalna, wizualistyczna, elementarna, abstrakcyjna. Być może jest wszystkim po trosze, nie przystając zarazem do żadnej etykiety, wymykając się próbom ujęcia w karby klasyfikacji. Autorytet, prof. Jerzy Olek, artysta fotografik i teoretyk sztuki jak Salij i jego rówieśnik, przedstawia się jako zwolennik fotografii niezależnej, która powołuje do istnienia byty autonomiczne, jest fotografią sprawczą, unaoczniającą światy niespodziewane, co można z powodzeniem odnieść do sztuki Aleksandra Salija. Natomiast wypowiadając się bezpośrednio o niej, w katalogu wystawy ostrowieckiego artysty, prof. Olek napisał: Gdy chodzi o fotografię [Salija] z pewnością nie jest ona analityczna. (…) Nie jest też abstrakcyjna. (…) Trudno ją również uznać za wizualistyczną czy elementarną, gdyż jej ekspresja jest zbyt posępna i dramatyczna. Jaka jest zatem fotografia Salija? Archaicznie nowoczesna, radykalna formalnie i aestetyczna tą siłą, która daje monumentalizowanie banału. Właśnie te cechy artystycznych artykulacji czynią z autora twórcę interesującego i w głębokiej warstwie całkowicie osobnego. (…) Salij – na szczęście – nie wpisał się (tak do końca) w żaden nurt i żaden ruch; czy to kieleckiej szkoły krajobrazu, czy neoawangardy. Cały czas – wchodząc raz po raz w konkretne sytuacje i układy – egzystuje pomiędzy. Pomiędzy historyczną nowoczesnością i najnowszej nowoczesności zaprzeczeniem, pomiędzy próbami akademizowania oraz brakiem przekonania do skrajnego radykalizmu. Stale jest więc jak gdyby pośrodku. Jak tylko może ucieka od rozmaitych akademizmów, lecz równocześnie mocno jest przywiązany do minionych kanonów estetycznych proweniencji awangardowej. I właśnie to zawieszenie „nigdzie” wydaje się być jego największą siłą.
Owo „pomiędzy” nie ma nic wspólnego z zagubieniem twórcy, a jest konsekwencją radykalnego wyboru artystycznej drogi. Ale również przejawem jego buntu przeciw fotografii, która ulega konformizmowi. Ten bunt stworzył oryginalne zjawisko artystyczne pod nazwą Aleksander Salij.
Jerzy Daniel

cena 30 zł, do nabycia w MCK i kinie "Etiuda"